Tradycje flisackie

 b_451_80_16777215_01_images_FK_Finansowanie.jpg

Gminna Biblioteka Publiczna w Brzeźnicy prezentuje tradycje flisackie w ramach projektu pn. „Festiwal książki w Dolinie Karpia, obejmujący wydanie publikacji  oraz cykl spotkań  prezentujących dziedzictwo kulturowe rybołówstwa i akwakultury w kontekście historyczno-kulturowym". W ramach wydarzenia przygotowano dwie książki: „Gmina  Brzeźnica: album starej fotografii”; „II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy” oraz zaplanowano sześć spotkań promocyjnych, które odbędą się w kwietniu 2018 r. W grudniu 2017 r. została podpisana umowa w Urzędzie Marszałkowskim w Krakowie na dofinansowanie projektu.

„Celem operacji jest integracja społeczeństwa i upowszechnianie wiedzy na temat historii lokalnej i dziedzictwa kulturowego rybołówstwa i akwakultury poprzez udział w spotkaniach w ramach Festiwalu Książki Doliny Karpia i lekturę nowych publikacji”.

                                                                                                                

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Morskiego i Rybackiego Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego „Rybactwo i Morze”.

 

b_401_300_16777215_01_images_DSC04163.JPG
Publikacje wydane w 2018 r. w ramach realizacji projektu.

GALARY I FLISACKA WIEŚ ŁĄCZANY
Galary - drewniane jednostki pływające obsługiwane przez dwie osoby. Sternikiem był najczęściej właściciel, a pomagał mu pomocnik zwany „chłopem”. W okresie międzywojennym galary miały długość 21-22 m, szerokość 9-10 m (w najszerszym punkcie) wysokość 0,95 –1 m. Na galarze była budka mieszkalna z desek, bardzo ciasna, ale dająca schronienie przed chłodem. Stał tam żeliwny piecyk, szafka i prycza. W połowie galaru znajdował się drewniany maszt. Galary miały ładowność od 20 ton, później nawet do 80 ton. Przewożono na nich np.: węgiel, zboże, sól, żwir, kamień, piasek. Sezon galarnicki trwał od wiosny do późnej jesieni.  

Łączany –  jedna z trzynastu wsi w gminie Brzeźnica, położonej  w powiecie wadowickim w zachodniej części województwa małopolskiego. W okresie międzywojennym Łączany były określane „stolicą wiślanego galarnictwa”. Większość mieszkańców zajmowała się bowiem flisactwem. Tutaj budowano barki i galary, a mieszkańcy spławiali z nurtem rzeki rożne towary. 

Franciszek Misia - flisak z Łączan, który na swoim galarze ewakuował wawelskie dzieła sztuki we wrześniu 1939 r. 

Wiesława Jarguz, Ewakuacja wawelskich skarbów w czasie II wojny światowej, [w: II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy, Brzeźnica-Kraków, 2018, s. 185-205]

Franciszek Misia, syn Jana i Justyny, urodził się 24 lipca 1897 r. w Łączanach (wówczas gromada Ryczów, dzisiaj gmina Brzeźnica, powiat wadowicki, tak samo jak współcześnie). Od 11 roku życia pływał po Wiśle. Wrzesień 1939 r. zastał go na wodzie. Był wówczas właścicielem galara, zarejestrowanego w krakowskiej że­gludze pod numerem 10426, o ładowności 80 t. 3 września wieczorem po dwóch dobach rejsu wyładował węgiel nad Wisłą w Krakowie. Niespodziewanie wysłan­nik z Wawelu odszukał go w porcie i złożył n Dokładny przebieg zdarzenia odtworzył z pamięci sam Franciszek Misia. Cy­tujemy obszerny fragment relacji, która została spisana w 1959 r.

Dnia 3 września 1939 r. przyjechałem z Łączan do Krakowa, celem zabezpieczenia mojego galaru w porcie żeglugi wodnej. Kiedy dotarłem do galaru, stwierdziłem, że czeka na mnie p. Siemieński, który poinformował mnie, że moim galarem będzie przewieziony pewien transport do Sandomierza. Ponieważ nie wiedziałem, co ma być przewiezione oraz jaką instytucję reprezentuje p. Siemieński, nie chciałem się zgodzić. Po pewnym czasie nadjechał samochodem p. kustosz Świerz-Zaleski, który wyjaśnił mi w tajemnicy, że moim galarem mają być przewożone najcenniejsze zabytki z zamku wawelskiego, aby je uchronić przed Niemcami. Dowiedziawszy się o tym, natychmiast się zgodziłem na przewiezienie ich i sam pokierowałem załadunkiem skrzyń. Skrzyń tych było 21, rulonów z arrasami 7, mała skrzy­nia drewniana osobno oraz duży rulon na chorągiew. Na galar wsiedli prof. Świerz-Zaleski, inż. Polkowski, kons. Treter oraz wielu pracowników Wawelu z żonami i dziećmi w su­mie 80 osób. O godz. 18-tej zostało zakończone ładowanie, o godz. 21-ej odpłynęliśmy.
 („Protokół spisany dn. 1 XII 1959 r. w Dyrekcji Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu z p. Fran­ciszkiem Misią zamieszkałym w Łączanach, w sprawie wywiezienia jego galarem zabytków wawel­skich we wrześniu 1939”, maszynopis w zbiorach rodziny Franciszka Misi w Łączanach).

 

Franciszek Misia był pierwszym ogniwem w akcji ewakuacji skarbu. Odwaga to bez wątpienia jego cecha charakteru. W swoim życiu służył jako żołnierz c. i k. armii, walczył u boku gen. Hallera, z rąk którego odebrał nawet odznaczenie”. Po latach Józef Polkowski napisze: Powierzyliśmy los skarbów wawelskich i nas sa­mych rękom zupełnie nieznanego człowieka – galarowego i kaprysom wiślanej fali […]. Do galarowego od razu nabrałem zaufania. Nazywał się Franciszek Misia, a jego młodziutki pomocnik – Antoni Nowak.
(Z. Święch, Szalona ewakuacja, „Dziennik Polski” 2008, 10 IX, s. 11.)”.

FILM O RATOWANIU WAWELSKICH ARRASÓW 

KRÓLEWSKI FLIS NA WIŚLE

b_471_333_16777215_01_images_Galar_1.jpg
      Zdjęcia archiwalne, udostępnione przez mieszkańców gminy Brzeźnica. b_422_299_16777215_01_images_Galar_5.jpg

Czesław Szymula, Na galarze i w żegludze,[w: II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy, Brzeźnica-Kraków, 2018, s. 469-472]

    „Miałem czternaście lat, gdy ze starszymi braćmi po raz pierwszy popłynąłem Wisłą do Sandomierza. Zacząłem w czasie drugiej wojny światowej od funkcji pomocnika, a skończyłem, dowodząc holownikami i pchaczami w randze kapitana pierwszej klasy”. /…/   
        „Czesław Szymula w wieku 13 lat w 1941 r. otrzymał specjalną przepustkę i był zatrudniany jako pomocnik na galarach, kierowanych przez braci. Pływał z każdym z nich w zależności od tego, który potrzebował pracownika. Wspominając, podkreśla, że galary od czasów średniowiecza odgry­wały w Polsce ważną rolę w gospodarce. Docenili je także okupanci, rozwijając żeglugę w czasie II wojny światowej. Senior szacuje, że pływało wówczas około 60 galarów, których średni wymiar był następujący: 21 metrów długości, 8,60 m szerokości w środkowej części, ładowność 50 ton. Jednostki te służyły do przewozu towarów: węgla, kamieni, piasku, drewna i innych materiałów. W górę rzeki były holowane, a w dół płynęły tzw. samospławem. Drewniane galary budowano nad brzegiem Wisły w Łączanach, podobnie jak w sąsiednich miejscowościach. Znane warsztaty prowadzili: Stanisław Rybarczyk w Łączanach – w przysiółku Kamera, Gacek w Chrząstowicach, Stańko w Rusocicach. Początek spławu zaczynał się na wodach Przemszy pod Mysłowicami. Wagonami kolejki wąskotorowej przy­wożono węgiel ze śląskich kopalń i załadowywano na galary, układając ręcznie. Dalej Wisłą, licząc od „0” km w Oświęcimiu, galary płynęły do Krakowa i dalej m.in. do: Opatowca, Szczucina, Nowego Korczyna, Sandomierza, Tarnobrzega, a nawet do Gdańska. Długość rejsu była uzależniona od poziomu wody i siły jej nurtu, średnio np. z Oświęcimia do Sandomierza podróż trwała około pięciu dni. Warto wspomnieć, że w Krakowie punkty rozładunkowe węgla znajdowały się w następujących dzielnicach: Salwator, Grzegórzki, Zabłocie”.

Władysław Kutermak, Co pamiętam z przeżytych lat, [w: II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy, Brzeźnica-Kraków, 2018, s. 395-406]

 

„Już latem 1944 r. przez wieś Łączany od wału Wisły w kierunku wsi Półwieś były kopane okopy przeciwczołgowe, bardzo głębokie. Prace wykonywały grupy przywiezionych osób, w szczególności Ślązaków. W nocy sypiali w domach i stodołach. Również nasza ludność była zabierana przymusowo do okopów, w tym mężczyźni, kobiety i młodzież, dochodzili aż do Tłuczani. Ludność przeszkadzała Niemcom, nie zgłaszając się do pracy i ukrywając się. Niemieccy żołnierze, kiedy zbliżał się front, czuli strach, jak również mieli niewesołe miny, a niektórzy z nich prosili o cywilną odzież, nosząc się z zamiarem dezercji, mówiąc, że „Hitler kaput”. Przed nadejściem frontu Niemcy dokonali minowania stojących na Wiśle galarów, promu i słupów betonowych, na nich była lina przez Wisłę, po której przewoził prom. W obawie przed buntem ze strony mieszkających osób we wsi i to w miej­scu, gdzie spodziewali się uderzenia radzieckich żołnierzy, Niemcy postanowili wypędzić ludność, a w szczególności mężczyzn. Mężczyźni i młodzież w wieku do 14 lat zostali siłą wypędzeni ze wsi Łączany. Byli zmuszeni udawać się do sąsiednich wsi Kossowej i Tłuczani. Dzieci wraz z matkami zostały wypędzone z dala od wału Wisły.

20 stycznia 1945 r. na przeciwległym brzegu Wisły we wsiach Kamień i Rusocice pojawiły się pierwsze sylwetki w białych okryciach, a byli to radzieccy żołnierze, którzy zbliżali się ku Wiśle. Niemcy, widząc dużą ilość żołnie­rzy, mieli obawy, że front uderzy przez Wisłę, toteż kopali rowy na koronie wału, ażeby umieścić karabiny maszynowe, i do tych prac brali mężczyzn. Ja, mając lat dziewięć, z matką i siostrą Martą udaliśmy się do rodziny na przysiółek Nowa Wieś, gdzie to w domu kuzyna Władysława Kutermaka przebywaliśmy przez kilka dni do czasu wyzwolenia. Przed opuszczeniem domu ojciec i brat Medard ukry­li w piwnicy zboże, odzież i inne przedmioty. Wejście do piwnicy zabezpieczyli blachą, zamaskowali poprzez zaścielanie różnymi przedmiotami. Zwierzęta, jak krowa, świnia i drób, pozostały w stajni, a także mój ulubiony piesek Nerka, któ­ra miała małe szczenięta. Zwierzętom dano większą ilość siana i innej paszy, by przeżyły czas nieobecności gospodarzy. Ojciec i brat opuścili dom wraz z innymi, udając się do wsi Kossowa.

Pamiętam czas przygotowania się Niemców do mi­nowania promu i galarów, gdyż w naszym domu przebywali niemieccy minerzy. Przed zaminowaniem polecili otworzyć w domach okna i drzwi. W tym czasie pierwszy raz w życiu słyszałem tak silny wstrząs i wybuch. Żołnierze zabierali ludności prześcieradła, poszwy i inne materiały, ażeby na białym śniegu nie byli widoczni. Zapamiętałem też szczegół, jak żołnierze radzieccy, będący po drugiej stronie Wisły zza wału, a było ich trzech, czołgali się po szczerych polach w kie­runku Wisły. Zauważeni przez Niemców zostali ostrzelani, jednak czołgając się, podeszli pod fundament słupa betonowego, który był zaminowany, i tam ukryli się do czasu nastania nocy. Był to zwiad radzieckich żołnierzy dokonujący rozpozna­nia terenu, by dokonać przejścia na prawy brzeg, na którym to leży nasza wioska Łączany. Widocznie mieli rozeznanie, że w tym miejscu jest prom linowy przez Wisłę, lecz prom i słupy betonowe zostały kilka dni temu zaminowane. Niedaleko od wsi Łączany w kierunku zachodnim we wsi Lipowa przebiegała granica Rzeszy, gdzie była wybudowana strażnica niemiecka i większe skoncentrowanie wojsk niemieckich. Wypędzeni z własnego domu na oczekiwanie wyzwolenia spod hord hitlerowskich, do których nawet jako dziecko żyłem nienawiścią, przebywa­łem ukryty w piwnicy, a wraz z moją rodziną wiele innych rodzin. Przebywając w piwnicy, ludność modliła się do Boga, odmawiając różaniec i inne modlitwy oraz litanię do świętych, by jak najszybciej i bezpiecznie przeszedł front i nastąpiło wyzwolenie. W piwnicy było ciasno i duszno oraz ciemno, przyświecano świecami, zasłaniając drzwi i okno, by promienie światła nie wydobyły się na zewnątrz, żeby nie były zauważone przez wojska niemieckie ani też wojska wyzwalające nas. Ro­dzice przygotowali w piwnicy schronienie, wnieśli tam pierzymy, poduszki i inną odzież, żeby zabezpieczyć dzieci przed zimnem i wilgocią w czasie snu. Znaczne umocnienia posiadały wojska niemieckie na wzgórzu we wsi Kos­sowa. Główna pozycja składała się z systemu żelazo-betonowych schronów, roz­mieszczonych grupami. Schrony były połączone fortyfikacjami i wyposażone w artylerię i broń maszynową. Dostęp do wsi Chrząstowice i Kossowa osłaniały zasieki i pola minowe, począwszy od prawego brzegu Wisły w kierunku południo­wym”. 

Władysława Wawro, Wspomnienia prababci Władzi, [w: II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy, Brzeźnica-Kraków, 2018, s. 519-524]

       „Tata za pracę w kamieniołomie wybudował dom i kupił pole w Łączanach. Mieliśmy gospodarstwo. Rodzice pracowali na roli, hodowali też krowy, konie, świnie, kury i gęsi. Zanim wybuchła wojna, nie byliśmy jakimiś bogaczami, ale niczego nam nie brakowało. Mama zajmowała się nami, czyli swoimi dziećmi. Tato był też flisakiem, miał dwa galary, którymi woził węgiel z kopalni Jaworzno, nawet do Sandomierza. We wsi Łączany większość mieszkańców przed II wojną świato­wą związana była z żeglugą wiślaną. Wiesz, Oliwko, że tu u nas, na brzegu Wisły, budowano te wielkie transportowe łodzie. Dzisiaj flisaków już nie ma, a galary zostały prawie zapomniane. Pamiętam również, że gdy byłam małą dziewczynką, tata pełnił funkcję wójta (obecnie sołtysa) we wsi”.

 

Czesław Wójcik, Parę ciekawych wspomnień, w tym flisackich, z czasów okupacji, które trudno mi zapomnieć, [w: II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy, Brzeźnica-Kraków, 2018, s. 499-511]

„W wojennych latach przeżyłem pierwszy rok mojej praktyki na galarze pod opieką o sześć lat starszego brata Edwarda. Nasz galar jako dziesiąty był ostatnim zapiętym w turze holowanych jednostek. Można nim było manewrować jak ogo­nem u zwierzęcia od brzegu do brzegu. Pod Oświęcimiem, na kamiennej opasce tuż nad wodą i w bliskiej odległości od ujścia Soły do Wisły, dwóch młodych mężczyzn w cywilu, nieźle ubranych, prosiło, aby ich przeprawić na drugi brzeg Wisły. Nie sprawiło nam to żadnego kłopotu. Na galarze podczas przeprawy do­wiedzieliśmy się od podróżnych, że byli oficerami wojsk jugosłowiańskich i jako jeńcy znaleźli się w niemieckim obozie w Oświęcimiu, skąd udało im się zbiec. Pragnęli dostać się do Krakowa w Generalnej Guberni. Brat udzielił im praktycz­nych wskazówek.

Rok później, a może dwa, miało miejsce ważne wydarzenie. Było to w sezonie odpowiednim do wycinania wikliny – wczesną wiosną albo jesienią – bo tego już obecnie nie pamiętam. Do tej czynności zatrudniano pewną liczbę jeńców z obozu w Oświęcimiu pod nadzorem dwóch uzbrojonych mundurowych i dwóch szkolonych psów. Wiklina przeznaczona do wycinki rosła na płaskiej przestrzeni przyległej do prawego brzegu Wisły poniżej mostu drogowego na trasie Oświę­cim-Chrzanów. Kierownictwo ugrupowania Armia Krajowa na terenie Łączan w porozumieniu z władzą zwierzchnią w Krakowie postanowiło wykorzystać te warunki i pomoc wodniaków zatrudnionych w transporcie wodnym na Wiśle. Zadanie to powierzono mojemu bratu Edwardowi, który pełnił funkcję sternika na holowniku parowym „Stanisław”. Holownik ten był przewidziany do holo­wania galarów z Krakowa w okolice Oświęcimia poniżej ujścia Przemszy. Tam znajdował się również galar, na którym pracowałem. Edward nie mógł wykonać swojego zadania, bo w tym czasie miał zaplanowane ważne spotkanie konspi­racyjne z osobistościami Armii Krajowej w Suchej. Akcję tę scedował na mnie. Przygotował mi odpowiednią przesyłkę i szczegółowo mnie pouczył, jak mam postępować. Zadanie spełniłem z łatwością i w tajemnicy, aby mnie przy tym nikt nie zauważył. Posłużono się dzieckiem dla niepoznaki. Prowadzony byłem przez dorosłych, o czym nie wiedziałem, w myśl zasady, że „nie wie lewica, co czyni prawica”. Zadaniem moim było podłożyć paczkę w cieniu wysokiej trawy w środku krzaka wikliny przewidzianego do wycięcia w drugiej kolejności. Noc miałem niespokojną i zakłopotaną tym, co może się wydarzyć w dniu następnym, bo mogło zaistnieć nieporozumienie wśród znalazców przesyłki. Paczkę mogły też odkryć psy. A gdyby to doszło do wiadomości władzy okupacyjnej, podejrzenie na pewno padłoby na flisaków i byłbym w kłopotliwej sytuacji. Na taką okoliczność przewidziałem ucieczkę.

Wspomnę jeszcze inny przypadek. Mając lat trzynaście, pracowałem razem z moim o dwa lata starszym kuzynem Władysławem Ramsem z Chrząstowic za jednego dorosłego pomocnika na galarze mojego ojczyma Józefa Guguły. Pew­nego dnia latem, pod wieczór, po zakończonej pracy i załadowaniu 50 ton węgla taczkami z brzegu na galar, bez kolacji, bo zabrakło nam jedzenia, ułożyliśmy się w trójkę do snu na szerokiej pryczy ok. 120 cm w małej budce mieszkalnej na galarze. Wczesnym rankiem o głodzie opuściliśmy brzeg przy załadowni węgla pod osadą robotniczą o nazwie Jeleń koło Jaworzna z nadzieją, że przed nocą do­płyniemy na nocleg do Łączan. Odcinek drogi wodnej wynosił ok. 50 km. Już na Wiśle w okolicy Oświęcimia przywitał nas mdły zapach palących się ciał ludzkich w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Przyczyna tego była następu­jąca: podczas dostawy ludzi do obozu, przeważnie Żydów i Cyganów, w drugim transporcie kolejowym w wagonach bydlęcych wielu zmarło po drodze i nie do­czekało miejsca docelowego. Następnie podczas selekcji kierowano niezdolnych do pracy i starszych do komór gazowych z przeznaczeniem na spalenie w piecach krematoryjnych, które miały ograniczoną przepustowość. Nadwyżkę palono na stosach, a wiatr roznosił zapach po terenie”.     


Edward Wójcik, Rozwój żeglugi i konspiracyjne działania wśród flisaków w czasie drugiej wojny światowej
, [w: II wojna światowa w gminie Brzeźnica i okolicy, Brzeźnica-Kraków, 2018, s. 513-517]
       
„Fragmenty wspomnień
We wrześniu 1939 r. nastąpiła ewakuacja statków z Krakowa poza San. Po drodze na statkach zorganizowano szpitale dla lekko rannych żołnierzy. Na galarach ro­dziny flisaków uciekały, płynąc Wisłą poza Dunajec, względnie San z nadzieją, że nasze wojsko się wróci z powrotem w stronę Śląska. Na galarze Franciszka Misi i jego pomocnika Antoniego Nowaka załadowano arrasy wawelskie, które dostarczono w ten sposób do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Stamtąd drogą lądową przez Zaleszczyki przewieziono je do Rumunii.

    W 1940 r. Niemcy przystąpili do szybkiego przewożenia różnych towarów, najwięcej węgla z kopalń: Libiąż, Chełmek, Jaworzno, Brzeszcze, Niwka i My­słowice. Zaopatrywano nadwiślańskie miejscowości leżące na prawym i lewym brzegu Wisły. Galary z węglem dopływały aż do Dęblina. W tym też okresie powstała podziemna organizacja wśród załóg statków i galarów i innych pracują­cych w Żegludze Polskiej S.A., której Niemcy zmienili nazwę (Polish Steamship Agency). Doktor praw, pan Stanisław Sołtys, nie chcąc się zgodzić, aby pełnić niższą funkcję w Żegludze, zmuszony był się ukrywać. Pozostał pan Stanisław Niewiadomski, pełniący obowiązki głównego dyspozytora. Cały przewóz towarów i pasażerów należał do jego dyspozycji. Znał dobrze język niemiecki, był dobrym Polakiem, znał zawód wodniaka, ślepo wierzyli mu Niemcy, a przede wszystkim dyrektor, Niemiec, pan Jagier. Stanisław Niewiadomski już w połowie 1940 r. był zwerbowany do organizacji ZWZ.    

         W tym okresie pod pretekstem rozbudowy rzecznej floty: galary, krypy, holowniki, statki pasażerskie, wymyślił konieczność zatrudniania coraz to większej liczby ludzi. Galary miały przewozić węgiel dla plantatorów tytoniu do nadwiślańskich wiosek i miast, do zakładów zbrojenio­wych w Radomiu i Stalowej Woli. Zaplanowano możliwość przeładunku węgla w Sandomierzu oraz uruchomienie linii pasażerskiej nocnej i dziennej do Nowego Korczyna oraz w górę Wisły do Kamienia-Ratowej na 34 km. Pomysły Niewia­domskiego dyrektor Jagier przedstawił wyższym władzom, które je zaakceptowały. Sprowadzano statki z Gdańska i Warszawy, zatrudniano większą liczbę pracow­ników. Niemcy zabierali do przymusowej pracy wszystkich mężczyzn od 18 roku życia, którzy trafiali do obozów pracy Baudienstu lub byli wywożeni na roboty do Niemiec. […] W Zawoi uruchomiono dwa tartaki do przecinania drzewa. Dłużyce na burty galarowe przewożono na furmankach; traktorem zakupionym przez Rybarczyka z Łączan, którym jeździł jego syn Jan; samochodem ciężaro­wym na holzgaz. W żegludze dostępny był także samochód osobowy opel, który wykorzystywano w konspiracji, jak oficerowie potrzebowali spotkać się z dowódcą np. w Suchej Górze”.

 

    

Bolesław Rybarczyk, Karol Wojtyła łowcą ludzi jak w pieśni „Barka”, [maszynopis, 2007, udostępniony przez autora w Spichlerzu Książki w Brzeźnicy w maju 2018 r.]

W niedzielę 6 sierpnia 1944 r. „… na galarze-barce wiślanej należącej do mojego ojca Stanisława, przycumowanej do przystani na Wiśle w Krakowie-Dębnikach, pełniłem wachtę. Tych barek wiślanych przycumowanych w tym miejscu było kilkadziesiąt, które po wybuchu powstania warszawskiego zostały przez hitlerowców zarekwirowane na jednostki strategiczne  Wermachtu z przeznaczeniem do transportu węgla, materiałów budowlanych i do budowy przepraw mostowych poza Krakowem. Jedna z takich przepraw mostowych galarów została zbudowana w Tyńcu k/Krakowa. Drugim miejscem zgrupowania barek wiślanych i innych statków w Krakowie była przystań i port w Krakowie-Zabłociu.

 

            Dzień czarnej niedzieli (6 sierpnia 1944 r.) utkwił mi w pamięci przez jedno nadzwyczajne zdarzenie, a mianowicie przez to że po spożyciu skromnego posiłku – beztrosko leżąc na pryczy w budce galaru, nagle – jakby ktoś-coś zadziałało w taki sposób, że poczułam potrzebę wyjścia z budki na zewnątrz, na pokład galaru, i wyszedłem.
            Na brzegu, przy mojej barce (a było ich w szeregu kilkadziesiąt), stał starszy ode mnie mężczyzna w szarym ubraniu, patrzył na mnie, a ja na niego i nie wyczułem z jego strony jakiegoś złego zamiaru, tylko dobrotliwe i przyjazne spojrzenie. Jakby zadowolony z tego spotkania. Dopiero po upływie wielu lat rozpoznałem i zrozumiałem, ze wówczas na tym spotkaniu był Karol Wojtyła, przyszły papież Jan Paweł II, który działając świadomie lub nieświadomie, po prostu mnie złowił dla swoich celów i przeznaczenia w sposób, jak to ujmuje pieśń „Barka”, żeby iść przed nim, za nim i dalej. Przystań w Krakowie-Dębnikach i pozostałe przystanie były raczej miejscami bezpiecznymi. Tam Niemcy nie przychodzili. W dniu czarnej niedzieli, w sierpniu 1944 r. większość załóg wiślanych wyjechała do swoich domów, najwięcej z nich pojechało do Łączan – wioski flisackiej w pow. wadowickim. W Łączanach istniała jedna z największych stoczni w rejonie Górnej Wisły, a poniżej Łączan, w Czernichowie, druga taka stocznia. W stoczniach tych budowano drewniane kadłuby galarów i statków, wyposażone w elementy zbrojenia (okucia, łańcuchy…)wykonywanego przez rzemieślników z Wadowic. Tam w Łączanach i w tych stoczniach wychowałem się, a w swój pierwszy rejs do Krakowa popłynąłem latem1938 r. na galarze ojca. Kolejne rejsy odbyłem jeszcze w 1939 r. i w latach następnych. A w 1940  r. wraz ze starszym o rok bratem Janem – we dwóch, stanowiliśmy jednoosobową załogę galaru. W czasie rejsu – samospływ galaru węglem,  galarem-barką sterował nasz ojciec Stanisław. On był przy sterze na dziobie, a ja z bratem Janem przy wiośle na rufie – przedzie galaru, zwanym głową, a dziób calem. Najtrudniej było nam sterować galarem w miejscach, gdzie nurt wody Wisły nabierał przyspieszenia, a wiec na dopływach Wisły: Soły, Skawy, Raby, Dunajca oraz Skale w Krakowie, na strzeżonej przeprawie przez Wisłę, na wysokości zabudowy klasztoru Sióstr Norbertanek. W październiku 1942 r. na tej przeprawie na Skale uległem groźnemu wypadkowi. Z bratem Janem nie utrzymaliśmy  naporu wody na ster, rzucony zostałem głową na burtę i straciłem przytomność. Przeniesiony z barki do szpitala oo. Bonifratów w Krakowie, szczęśliwie odzyskałam przytomność i poddany operacji powróciłem do zdrowia. Od 1943 r. znowu stanowiłem połowę członka załogi, a w 1944 r. pływałem jako samodzielny członek załogi galaru przycumowanego do brzegu przystani w Krakowie-Debikach, również w dniu czarnej niedzieli, 6 sierpnia 1944 r.
            Po zakończeniu drugiej wojny światowej – wyzwolenie Łączan w styczniu 1945 r. – z floty 3 do 5 galarów ojca pozostał tylko jeden, reszta uległa zniszczeniu przez Niemców i Rosjan”. 

 

b_426_287_16777215_01_images_Galar_2.jpg

Galar odkryty nad Wisłą w Brzeźnicy, 2011 r. 

       b_426_287_16777215_01_images_Galar_3.jpg
Replika galara zbudowana przez Stowarzyszenie ,,Malownicza Gmina" we współpracy z Urzędem Gminy w Brzeźnicy. Rejsy galarem są atrakcją turystyczną.